czwartek, 22 czerwca 2017

Jak mało się modlimy

Dzisiaj myślę o tym, jak naprawdę mało czasu poświęcamy na modlitwę, jak mało czasu ja poświęcam na modlitwę. Żyjemy praktycznie w ciągłym pędzie. Każdą minutę mamy zajętą czymś innym, miliony zajęć a tylko 24 godziny. Ciężko gdzieś wpleść pomiędzy to wszystko kilka minut na modlitwę. A jednak może to nie do końca tak? Czy gdybyśmy chcieli zacząć biegać, jeździć na rowerze, malować, oglądać ulubiony serial, czy spotkać się z najbliższym przyjacielem, to znaleźlibyśmy trochę czasu? Myślę że tak! Gdyby ktoś z nas zaplanował regularne bieganie, to na 100% znalazłby tą godzinę kilka razy w tygodniu na treningi, bo wiedziałby, jak ważna jest regularność. A to przecież w modlitwie też jest potrzebne! Wiara to relacja między nami a Bogiem i ona również wymaga czasu i regularności. Potraktujmy to jak relację z bliskim przyjacielem. Przecież znajdujesz czas żeby od czasu do czasu się spotkać, popisać na facebooku, zadzwonić lub wysłać smsa. A może wyślij też czasem Bogu smsa? Daj mu znać jak się czujesz, co się właśnie stało, co przeżyłeś. Napisz do Niego list krótszy bądź dłuższy, jaki chcesz i o czym chcesz. Posiedź czasem z Bogiem przy kawie i słuchaj tego co On ma ci do powiedzenia poprzez Pismo Święte.
Wczoraj podczas adoracji Najświętszego Sakramentu dostałam odpowiedź na pytanie, które od dawna sobie zadawałam. Strasznie chciałam usłyszeć głos Boga i wiedzieć, czego On ode mnie oczekuje i co do mnie mówi. Odpowiedzią była Ewangelia. Przecież tam są zapisane słowa samego Boga! Jezusa. Bez pośredników, bez proroków. Sam Bóg w osobie Syna Bożego mówi do nas. Daje nam wskazówki jak żyć, jak postępować, czego od nas oczekuje i kim jest. Dlaczego tak rzadko po nią sięgamy? Zadajemy Bogu miliony pytań oczekując odpowiedzi, a przecież Bóg już dawno odpowiedział na nie w Ewangelii, bądź innych księgach Pisma Świętego. Każda forma relacji, kontaktu z Bogiem jest modlitwą. Są miliony sposobów żeby o nią zadbać. Pielęgnujmy naszą relację z Nim. To nasz Ojciec, który nigdy nas nie opuści i nigdy nie kochał, nie będzie kochał nas bardziej ani mniej niż teraz, ale kontakt jest rzeczą o którą naprawdę warto dbać.

poniedziałek, 19 czerwca 2017

Świadectwo

Może zacznę od tego, że pochodzę z niezbyt wierzącej rodziny. Mój tata jest niewierzący, a moja mama wierzy w "jakąś siłę wyższą", ale nie uznaje Jezusa. Jako dziecko brałam z nich przykład. Co prawda chodziliśmy na msze w święta, w niedzielę dla dobrej oceny z religii czytałam modlitwy lub czytania na mszach, ale wiary we mnie nie było żadnej. Nie miałam pojęcia kim jest Bóg. Chodziłam może co dwa lata do spowiedzi jak była jakaś ważna okazja, np. chrzciny mojej siostry, ale nic to dla mnie nie znaczyło, chyba nawet nie przygotowywałam się do tego sakramentu. Komunię przyjmowałam jak mi się podobało, czy byłam w grzechu ciężkim, czy nie, nie było żadnej różnicy. Nie wiedziałam że tak nie można, no bo skąd? Na początku gimnazjum w ogóle przestałam chodzić do kościoła, nie chciało mi się. Nie miałam pojęcia czym jest wiara, kościół, Bóg. To były dla mnie prawie obce pojęcia. Właśnie wtedy zaczęły pojawiać się moje problemy. Jako pierwsze samookaleczanie, później brak sensu życia, myśli samobójcze, bulimia, a z czasem odurzanie się lekami. W trzeciej klasie gimnazjum przed bierzmowaniem, do którego chciałam przystąpić, bo przecież tak wypada, trzeba było pójść do obowiązkowej spowiedzi. To właśnie przewróciło moje życie do góry nogami.  To było pierwsze dotknięcie mnie przez Boga. Bóg przyszedł, poczułam niesamowitą łaskę, jakby wszystko nabrało sensu, czułam się prawdziwie wolna i szczęśliwa. Zapisałam się wtedy do wspólnoty, zaczęłam chodzić znowu do kościoła. Jednak nie trwało to długo. Znowu się zagubiłam, rzadko chodziłam do kościoła, samookaleczanie i myśli samobójcze wróciły. Jedynym moim kontaktem z Bogiem, były spotkania wspólnoty. Należałam wtedy do ksm-u i Odnowy w Duchu Świętym, gdzie tak naprawdę nie rozumiałam tego, co dzieje się na spotkaniach, ludzie prorokowali, mówili językami, na mszach z modlitwą o uzdrowienie spoczywali w Duchu Świętym, a ja nic. Stałam i zastanawiam się o co chodzi, czy to ze mną jest coś nie tak, czy z nimi. Strasznie chciałam uwierzyć w Boga. Stwierdziłam, że jeżeli uwierzę w szatana , to uwierzę też w Boga, więc dwa razy podpisałam pakt z diabłem. Nic to nie zmieniło, było jeszcze gorzej. Kolejny raz Bóg dotknął mnie na czuwaniu Odnowy w Częstochowie. Doświadczyłam wtedy czegoś cudownego, czego nie da się opisać. Bóg na nowo pojawił się w moim życiu. Podczas tego czuwania nie mogłam skupić się na konferencjach, bo czekałam tylko i wyłącznie na modlitwę, cały czas powtarzałam jak wielki jest Bóg, że jest niesamowity, chciałam go uwielbiać i dziękować mu. Pokochałam go z całego serca. W tamtym momencie Bóg uwolnił mnie od depresji, samookaleczania, odurzania się lekami i innych rzeczy, które mnie niszczyły. Trwało to kilka miesięcy. Jednak potem wszystko znów wróciło i to ze zdwojoną siłą. Zaprzepaściłam to co otrzymałam, chciałam budować wiarę tylko i wyłącznie na uczuciach, nie na relacji z Bogiem. Znowu odłączyłam się od kościoła, od wspólnoty. Depresja była coraz silniejsza. Leki, ani terapia nie pomagały. Wtedy pierwszy raz byłam w szpitalu psychiatrycznym. Po wyjściu przez jakiś czas było lepiej, jednak znowu cały syf wrócił. Mojej relacji z Bogiem praktycznie nie było. Przez myśli samobójcze konieczny był kolejny pobyt w szpitalu. Po wyjściu stwierdziłam, że bez Boga nic się nie zmieni. Postanowiłam mu zaufać i zacząć Nim żyć. Zaczęłam dbać przede wszystkim o relację z Bogiem, zaczęłam regularnie się modlić i prosić Boga o umocnienie wiary i o to, żeby nauczył mnie modlić się, starałam się codziennie czytać Pismo Święte i o to, żeby Bóg był obecny w moim życiu 24/7, a nie tylko podczas kilku minut modlitwy. Pojechałam na warsztaty z Marcinem Zielińskim, gdzie widziałam jak Bóg uzdrawia ludzi, usłyszałam też, że Bóg chce mnie uzdrowić (jak się później okazało, to uzdrowienie troszkę trwało, ale to głównie z mojej winy). Zły jednak zaczął walkę. Podsuwał mi coraz więcej głupich pomysłów. Próbowałam wieszać się na sznurówce na klamce. To nie była próba samobójcza. Ja po prostu chciałam spróbować, myślałam że to fajne. Po kilku dniach po raz trzeci trafiłam do szpitala psychiatrycznego, gdzie moja wiara upadła do końca. Dwa miesiące bez modlitwy, strach przed śmiercią, potępieniem, brak poprawy samopoczucia, kolejne leki, znowu wieszanie się na sznurówce. W końcu ogarnęłam się i wyszłam "na wolność". Po wyjściu coś się zmieniło. Tak naprawdę dostałam nowe życie, bo zmieniło się wszystko. Znowu przylgnęłam do Boga i to dzięki Niemu dzieje się to, co się dzieje. Zabrał mi myśli samobójcze i nienawiść do siebie, a dał chęci do życia, do zmiany. Uwolnił od samookaleczania, bulimii, czy nadużywania leków. Na Lednicy udzielił mi rady, by "Iść i kochać". Tegoroczne hasło przemówiło do mnie podczas spowiedzi. Kochać według mnie znaczy służyć. Zaczęłam to wypełniać. Staram się służyć każdemu. Obecnie najbardziej bliskim, rodzinie. Wcześniej byłam samolubna, interesowały mnie tylko moje potrzeby. Teraz robię jak najwięcej w domu : sprzątam, wynoszę śmieci, chodzę po zakupy, odprowadzam siostrę do szkoły, czytam jej Pismo Święte. Wróciłam znowu do wspólnoty, gdzie mogę posługiwać w diakonii muzycznej. Jednak jeszcze szukam sposobu na to, by "kochać" resztę ludzi. Na razie ogranicza się to do powiedzenia "Dzień dobry. Miłego dnia" zupełnie obcej osobie. Podsumowując Bóg dał mi nowe życie. Tkwiłam w życiowym bagnie, skąd według mnie jedynym ratunkiem było samobójstwo. Teraz jestem szczęśliwa. Kocham życie, które dał mi Chrystus. Kocham Jego, bo jest moim Ojcem i Panem. Pragnę Mu służyć i głosić to, co robi w moim życiu. A działa niewyobrażalne rzeczy, tylko my czasami przestajemy Mu ufać. Myślę, że wiele sytuacji w moim życiu wzięła się właśnie z braku wiary, wiary przede wszystkim w to, że jestem ukochanym dzieckiem Boga stworzonym na Jego obraz i podobieństwo, że jestem piękna Jego pięknem i że On naprawdę lubi rozmowę ze Mną, nawet kiedy nie wiem co powiedzieć. Wiem też, że jeszcze wiele razy upadnę, jednak już nigdy nie puszczę Jego ręki. On mnie podniesie, bo jest moim Tatą.

sobota, 10 czerwca 2017

Wracam :)

OTÓŻ.....
Bardzo długo mnie nie było. tak naprawdę ok 3 miesiące. W tym czasie odbyłam bardzo ważną walkę duchową z samą sobą i ze złym. Dwa miesiące spędziłam w szpitalu psychiatrycznym po dwóch próbach samobójczych, które de facto nimi nie były. Można to nazwać bardziej wołaniem o pomoc. Dlaczego? Sama nie wiem. Chwila zwątpienia, kryzys? Może. Kilka miesięcy temu wylądowałam na oddziale. Kiedy tam byłam moja wiara praktycznie sięgnęła dna,  2 miesiące się nie modliłam, nie miałam kontaktu z Bogiem. Jednak wróciłam wzmocniona i pełna Jego łaski. Mimo że tym razem nie było żadnego genialnego cudu, Bożego huraganu, to po raz kolejny Bóg dał mi nowe życie, nowe możliwości i tym razem dobrze je wykorzystam. Uwolnił mnie od wszelkiego syfu w którym siedziałam. Przede wszystkim zabrał mi myśli samobójcze, a zastąpił je radością z życia i chęcią służby innym. Wlał we mnie wiarę i miłość do Niego. Na tegorocznej Lednicy pokazał mi co jest najważniejsze i mimo że z trzech Lednic na których byłam, ta najmniej mi się podobała, to myślę, że będzie najowocniejsza ze wszystkich. To co jest niezmienne to to, że pragnę dzielić się swoją wiarą i tym co Bóg działa w moich życiu (a działa naprawdę dużo). Dlatego będę pisać na tym blogu dalej. W najbliższym czasie mam zamiar napisać świadectwo tego, z czego Bóg mnie uwalnia, jakich cudownych ludzi stawia na mojej drodze i tego z jakiego bagna dzięki Niemu wyszłam. Bo On ulecza, uzdrawia, daje nowe życie, szczęśliwe życie :)

niedziela, 26 lutego 2017

Uzdrawiajcie! Bóg jest i działa wielkie rzeczy! Świadectwo z rekolekcji

Mk 16,17-18
Tym zaś, którzy uwierzą, te znaki towarzyszyć będą: w imię moje złe duchy będą wyrzucać, nowymi językami mówić będą;  węże brać będą do rąk, i jeśliby co zatrutego wypili, nie będzie im szkodzić. Na chorych ręce kłaść będą, i ci odzyskają zdrowie

W sobotę uczestniczyłam w warsztatach z Marcinem Zielińskim. To były najmocniejsze rekolekcje w moim życiu. Bóg działał cuda, uzdrawiał fizycznie, a także duchowo. Na pierwszej konferencji była mowa o uwielbieniu Boga, co powinno z naszej modlitwie, w naszym życiu, być zawsze na pierwszym miejscu. W modlitwie "Ojcze nasz' jest powiedziane "Swięć się imię Twoje" . Jezus wyraźnie mówi nam, gdzie powinno znajdować się uwielbienie Boga-na początku. Bóg wtedy właśnie zaczyna działać. Prowadzący opowiedział nam o dziewczynie, która od urodzenia miała wrodzoną wadę wzroku i od kilku lat nie widziała na jedno oko. Podczas uwielbienia osunęła się na podłogę (spoczynek w duchu Świętym ?) i leżała tak 40 minut. Po tym wstała i ze łzami w oczach na scenie powiedziała że widzi na to oko, na które nie widziała. Bóg w jednym momencie zrobił to, czego lekarze nie byli w stanie dokonać. A to wszystko podczas uwielbienia. Bóg czasem nas wyprzedza. Nie da się Go zaszufladkować, że ma działać konkretnie w tym i tym czasie, a teraz nie. Bóg nie musi czekać na modlitwę o uzdrowienie, żeby kogoś uleczyć, on jest ponad to . W drugiej konferencji mowa była o słowie, które ma wielką moc. Ktoś wyliczył że w Ewangelii 2/3 cudów dzieją się na słowo Jezusa. Słowem można błogosławić, ale można też przeklinać. Można budować, a można także zabić. To od nas zależy jakim życiem będziemy żyć. To jest decyzja. Później nastąpiła część warsztatowa w której uczyliśmy się jak kłaść ręce, by uzdrawiać. Nigdy wcześniej nie patrzyłam na to w ten sposób. Uzdrawianie kojarzyło mi się z czymś nierealnym, tylko dla nielicznych. Okazało się, że tak nie jest. W Piśmie Świętym napisane jest, że każdy kto uwierzy będzie kłaść ręce na chorych, którzy odzyskają zdrowie. Bóg pokazał mi że to prawda. Modliliśmy się na siebie nawzajem, wielu ludzi zostało pozbawionych bólu, mogli bezboleśnie wykonywać ruchy, których wcześniej nie mogli, znikały ostrogi ze stóp, Bóg naprawiał wzrok. Najbardziej poruszyła mnie pewna sytuacja. Podczas składania świadectw pewna pani mówiła o tym, że nie mogła wykonywać pewnych ruchów ramieniami, ponieważ miała założoną blokadę i Bóg uzdrowił jedną rękę. Druga była jeszcze nie do końca sprawna. Prowadzący powiedział, że Bóg zawsze kończy to co zaczyna i zaproponował dalszą modlitwę. Każdy z obecnych wyciągnął ręce do przodu i wspólnie modliliśmy się o dokończenie uzdrowienia. I stał się cud. Zaraz po modlitwie kobieta mogła wykonywać wszystkie ruchy ramieniem i machała do nas ze łzami w oczach. Mnie Bóg nie dotknął fizycznie, jednak uzdrowił mnie psychicznie, a z prośbą o to pojechałam na te rekolekcje. A wszystko dzięki słowom poznania o które tak bardzo od dłuższego czasu prosiłam. Po ostatniej konferencji miałam wyrzuty w stosunku do Boga, że innych uzdrawiał, dotykał, a mnie nie. Jednak zmieniło się to na modlitwie w kościele po Mszy Świętej. Bóg dał prowadzącemu słowa poznania, które dotyczyły mnie i jestem tego pewna. Powiedział że Bóg pragnie uzdrowić osobę z myślami samobójczymi i w tym momencie poczułam ogromne ciepło. Chwilę potem powiedział, że Bóg pragnie uzdrowić osobę, która jest uzależniona od przyjmowania leków, która bierze ich za dużo niszcząc swój organizm, bierze je z zbyt dużych ilościach, że ma z tym problem, a Bóg pragnie dać tej osobie nowe życie. Wtedy nastąpił przełom, wiedziałam że chodzi o mnie. Rozpłakałam się. To zdecydowanie było o mnie. Tyle czasu prosiłam o słowa poznania i w końcu się doczekałam. "Proście, a będzie wam dane". Bóg poruszył moje serce i zapragnęłam zacząć żyć na nowo. Po tym dniu moja wiara na nowo zapłonęła. Bóg dał mi mnóstwo dowodów na to, że jest, działa i kocha. Wiem, że zły będzie się starał zabrać to wszystko, starał się zasiać we mnie strach i zabrać mi wiarę w to, czego doświadczyłam. Jednak będę walczyć i wierzę, że tym razem złemu się nie uda :)

poniedziałek, 13 lutego 2017

Gdzie jesteś?

Rdz 3, 6-10
Wtedy niewiasta spostrzegła, że drzewo to ma owoce dobre do jedzenia, że jest ono rozkoszą dla oczu i że owoce tego drzewa nadają się do zdobycia wiedzy. Zerwała zatem z niego owoc, skosztowała i dała swemu mężowi, który był z nią: a on zjadł.  A wtedy otworzyły się im obojgu oczy i poznali, że są nadzy; spletli więc gałązki figowe i zrobili sobie przepaski. 
Gdy zaś mężczyzna i jego żona usłyszeli kroki Pana Boga przechadzającego się po ogrodzie, w porze kiedy był powiew wiatru, skryli się przed Panem Bogiem wśród drzew ogrodu.  Pan Bóg zawołał na mężczyznę i zapytał go: "Gdzie jesteś?"  On odpowiedział: "Usłyszałem Twój głos w ogrodzie, przestraszyłem się, bo jestem nagi, i ukryłem się".


Gdzie jesteś? Warto zadać sobie to pytanie za każdym razem gdy zgrzeszymy. Gdzie jesteś względem Boga, czy tak jak Adam chowasz się przed Bogiem, próbując zwalić winę na innych ludzi lub okoliczności, nie widząc w tym swojej winy, nie próbując nawet przeprosić. A może wręcz odwrotnie, kiedy zgrzeszysz błagasz Boga o przebaczenie? Naszym częstym błędem jest oddalanie się od Boga po popełnieniu grzechu. Staramy się ukryć przed Bogiem aż do następnej spowiedzi, kiedy znowu będziemy mogli stanąć przed Nim z "czystą kartą". Ale nie o to przecież chodzi! Człowiek jest grzesznikiem i Bóg doskonale wie o tym, że człowiek będzie grzeszył. Cechą Boga jest to, że On kocha nas zarówno z "grzechem na sumieniu", jak i bez. Patrzy na nas tak samo, z miłością, która nie może być już większa. To nam, ludziom, grzech zatarł obraz Boga, to my się przed nim schowaliśmy, oddaliliśmy. Często gdy zgrzeszymy, boimy odezwać się do Boga. Ilu z nas modli się po popełnieniu grzechu? A powinniśmy. Powinniśmy się modlić, aby dalej nie grzeszyć, aby zdobyć od Boga potrzebną siłę, bo grzech nigdy nie jest raz, pociąga za sobą dalsze zło. Grzeszymy dalej, bo przecież już i tak zgrzeszyliśmy. Bóg dał nam cudowny sakrament Pokuty i Pojednania, gdzie możemy prosić o przebaczenie i je otrzymać. Każdy grzech, który pokazuje nam że jesteśmy grzesznikami, powinien nas mobilizować do rozmowy z naszym Ojcem , który kocha nas mimo to wszystko. Nie ukrywajmy się, nie warto. Stańmy w prawdzie o samych sobie i względem Boga uznajmy naszą słabość.

czwartek, 9 lutego 2017

Żyj Bogiem, nie cudami

Od kilku lat choruję na depresję. później pojawiły się problemy z samookaleczaniem, prowokowaniem wymiotów, czy myślami samobójczymi. moja wiara była praktycznie zerowa. Oczekiwałam od Boga cudu. Liczyłam że to wszystko załatwi, że już będzie dobrze. I w końcu dostałam to o co prosiłam podczas czuwania Odnowy w Częstochowie. Bóg obdarzył mnie niesamowitą łaską, której nie jestem w stanie opisać, po prostu przyszedł do mojego serca, napełnił je radością, miłością i pokojem. Miałam wrażenie, że On jest tak blisko. Było to  piękne. Uwierzyłam. Życie stało się piękniejsze. Wszystkie problemy minęły. Nie na długo. Zaniedbałam to, co otrzymałam. W moim życiu praktycznie nie było Boga. Całą wiarę próbowałam budować na tym jednym przeżyciu. Myślałam, że to wystarczy. Nie przyjmowałam sakramentów, nie czytałam Pisma Świętego. Nie udało się. Wszystko wróciło. Wiem dlaczego. Wiara to relacja, jest skutecznym lekiem, tylko jeśli regularnie go przyjmujemy. Jedna dawka nie wystarczy. Cuda, niesamowite przeżycia owszem, mogą umacniać naszą wiarę, ale i tak nie da się jej zbudować bez kontaktu z Bogiem. Sakramenty, modlitwa to absolutne podstawy. Próbowałam wszystko budować bez tego, z Bogiem, a jednocześnie bez Boga. Żeby wiara przyniosła owoce, trzeba o nią dbać. Żaden cud, bez naszej dalszej relacji z Bogiem, nic nie zmieni. Najważniejsza jest bliskość z Bogiem i życie Nim.

czwartek, 2 lutego 2017

Słowo Boga

Rdz 1, 1-3
Na początku Bóg stworzył niebo i ziemię.  Ziemia zaś była bezładem i pustkowiem: ciemność była nad powierzchnią bezmiaru wód, a Duch Boży unosił się nad wodami.
Wtedy Bóg rzekł: «Niechaj się stanie światłość!» I stała się światłość.


Słowo Boga różni się od słowa człowieka. Nasze słowo jest tak mało wartościowe. Jak często okazuje się ono kłamstwem, nieprawdą. Słowo Boga jest inne. Ono ma ogromną wartość. Potrafi budować, przemieniać i sprawiać nowe rzeczy. Na początku nie było nic. Ziemia była bezwładem i pustkowiem. Wystarczyło słowo Boga i świat został stworzony. Słowo Boga w dalszym ciągu ma moc. Ta moc nadal jest obecna w Piśmie Świętym. Biblia to nie tylko zapisane parę tysięcy lat temu historie. Jest to żywe Słowo, pełne obecności Boga, które On do nas kieruje. Nadal ma Ono siłę zmieniać i budować na nowo, szczególnie nasze życie. Żadne słowo ludzkie, żadne konferencje, teologiczne wykłady nie sprawią tyle, ile żywe Słowo przez nas przyjmowane. Należy codziennie "karmić się" Jego słowem. Słowo Boże nie tylko dostarcza nam informacji o tym, kim jest Bóg, co tak właściwie mamy w życiu robić, ale przede wszystkim pogłębia relację z samym jego autorem, czyli Bogiem.